ARTYKUŁY

Zachęcamy do czytania i dodawania własnych tekstów.

TRENINGI

Zapraszamy na bezpłatne, otwarte treningi biegowe.

OBOZY

Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.

Zamieć 2017 - relacja z zawodów

Okres zimowy nie obfituje w imprezy biegowe w porównaniu do reszty roku. Jednak pozycją nietypową, a zarazem będącą wyzwaniem jest z pewnością 24-godzinny bieg górski „Zamieć”. Dlaczego nietypową? A kto lubi biegać pętle przez cały dzień? Normalnie bym omijał takie imprezy z daleka, jednak po bliższym zapoznaniu się z trasą, wynikami z poprzednich lat, a przed wszystkim z galerią zdjęć (szczególnie biegacza na tle rozgwieżdżonego nocnego nieba) zdecydowałem, że warto spróbować. Mój każdy pomysł na bieg musi być wyzwaniem z nutką szaleństwa. Pomysł ten wyklarował się jakieś pół roku wcześniej. A z racji braku doświadczenia w biegach zimowych, nie wiedziałem czego się mogę spodziewać.


Przygotowania zaczęły się od skompletowania ubrań i butów w ilości 3-4 kompletów na zmianę. Jak wiadomo najgorsze to biegać w przepoconych rzeczach przy wietrze.
Dzień przed biegiem wyszedłem rekreacyjnie na trasę żeby się zaaklimatyzować. Okazało się, że oznakowanie trasy już zostało powieszone, a po 6 km spotkałem nawet osoby je rozwieszające. Oczywiście wykorzystałem okazję na podpytanie o bieg, warunki, polecany sprzęt itp. Kolejne 2 h razem  znakowaliśmy trasę, a ja się utwierdziłem się w przekonaniu, że raczej niczego nie zapomniałem zabrać.

W dniu biegu należało się stawić godzinę przed startem na obowiązkowej odprawie, na która przeprowadzono w tempie ekspresowym szkolenie BHP (nie łamać nóg na pierwszy okrążeniu, nie przesiadywać w bufecie całej nocy tylko biegać i kilka innych życiowych przykazań).Podobnie jak na biegu Beskidy Ultra Trail również tutaj każdy zawodnik przed startem musiał przejść kontrolę sprzętową. 


Start o godzinie 12.00 (28.01.2017) w pięknym słońcu i idealnej pogodzie do biegania sugerował miły i łatwy bieg (przynajmniej z początku). Weryfikacja tego spostrzeżenia zaczęła następować po około 2 km kiedy weszliśmy na szlak z pokrywą śnieżną około 15 cm. Pełni optymizmu parliśmy do przodu. Stawka zaczęła się powoli rozciągać, a około 4 kilometra zaczęły się schody, a raczej zaspy. Śnieg sięgał do kolan, czasami wyżej. Pogoda dalej przepiękna, rozgrzany brodzę w śniegu bez czapki, rękawiczek, w rozpiętej kurtce i coraz bardziej opadam z sił. Podejście ciągnie się 1,5 km. Kolejka biegaczy maszerujących pod górę wywołuje zainteresowanie narciarzy na stoku. Powoli dochodzimy do „grzebienia” najbardziej odsłoniętej części trasy, na której występują najsilniejsze wiatry. Zawodnicy opowiadali, że w poprzednich edycjach potrafiło zwiać biegacza z trasy na tym odcinku. Jednak dla nas pogoda póki co była łaskawa, a wiatr do wytrzymania.
                 
Kolejny odcinek lekko w dół również cały zasypany, momentami można wpaść po pas. Na szczęście szybko się kończy i jest odbicie w prawo na szczyt. Przy schronisku sporo narciarzy, część z nich leży na leżakach i się opala. Po upewnieniu się, że system zarejestrował mojego chipa (a w sumie dwa chipy, które każdy uczestnik otrzymał) nadszedł czas na zbieg od strony oświetlonej, dzięki czemu nawierzchnia była lekko zamarznięta.
                                      fot. Karolina Krawczyk Photography                                               fot. Karolina Krawczyk Photography


Była to jedna z nielicznych okazji na puszczenie się pędem w dół i przeskakiwanie ewentualnych przeszkód, czyli jednym słowem to co ultrasy lubią najbardziej :D
Po około kilometrze trasa odbijała w lewo również na ostry zbieg jednak z pokrywą sięgającą metra grubości.


 W tym miejscu biegacze testowali różne techniki biego-ślizgo-upadku (z przewagą dwóch ostatnich). Napisałem testowali, bo tylko nieliczni kontrolowali technikę zbiegu lub inaczej wykonywali zbieg w pozycji stojącej. Po pokonaniu tego odcinka trasy nadszedł czas na delikatny podbieg w śniegu sięgającym poniżej kolana, więc było nieźle. Oczywiście dopóki nie dotarło się do ostatniego mocnego trawersu. Trasa odbijająca w lewo i mocno w dół biegła pomiędzy drzewami. Był to najbardziej stromy odcinek, który gwarantował lądowanie na którymś drzewie. Zabawa przednia o ile nie potknęło się o wystający korzeń lub pniak i z gracją zjechało się na sam dół w bliżej nieokreślonej pozycji (ewentualnie z pauzą na kolejne drzewo). Z tego miejsca zostało już 2 km delikatnego zbiegu w śniegu do kolan w miejscu

fot. Karolina Krawczyk Photography           

mocno ocienionym. Ostatni odcinek zamarzniętym strumieniem na dół do odśnieżonej drogi był już przyjemny. Trzeba było tylko uważać na kamienie pochowane pod śniegiem. Zbiegając drogą do bazy jakieś 600 metrów po prawej stronie można było podziwiać zwierzynę leśną dokarmianą przez tubylców (sarny i jelenie). Zadowolony, że dotarłem i przetrwałem spojrzałem na zegarek.
 
Pętla 13,7 km +/- 740 metrów zajęła mi jakieś 2,5 h. Jeszcze tylko 21,5 godziny i meta. Poziom swoich sił oceniałem na jakieś 20-30%, bo tak mnie zmęczyła pierwsza pętla.  Drugie okrążenie zacząłem spokojnie.

                                 
 
Pod koniec drugiej pętli zaczęło się robić ciemno, więc włączyłem czołówkę. Myślałem, że druga i kolejne pętle będą przyjemniejsze, że śnieg zostanie ubity i da się normalnie iść lub biec. Niestety w większości trasy to się nie sprawdziło. Jedynie miejscami utworzyły się tory nawet metrowej głębokości, po których można było zjechać na dół licząc na mniejszą ilość wywrotek. Po drugim kółku przebrałem się w suche rzeczy i zjadłem porządną kanapkę.
Przygotowany na to co jest na trasie pokonałem trzecią pętlę, chociaż pod koniec już bez sił. Stwierdziłem, że jestem zajechany. Możliwe, że pierwszą pętlę pokonałem za szybko, co odebrało mi siły i pod koniec trzeciej pętli jednak musiałem się przespać. Sen był urywany i niespokojny. Bo jak można normalnie spać w trakcie zawodów? Czas płynie nieubłaganie, a podświadomość mnie beszta za to, że się wyleguję. Ale cóż uroki pierwszego zimowego ultra. Wstałem rano odświeżony i zregenerowany, chociaż trochę pospinany i pobiegłem kolejne kółko. Temperatura nad ranem oscylowała w okolicach -15 ÷ -12 stopni.

Oczywiście w trakcie biegu zamarzł mi izotonik w camelbacku. Na szczęście udało się go rozgrzać. Bez większego problemu zrobiłem pętlę poniżej 2:50, co było zaskoczeniem. Niestety nie zdążyłbym już zrobić kolejnej pętli, ponieważ zostało 1,5 h do końca biegu. W związku z tym ukończyłem bieg z dystansem 54 km +/- 2964 m. Czuję lekki niedosyt,  ale obiektywnie biorąc, cztery pętle na pierwszym zimowym ultramaratonie, to nie jest źle. Mam wyrzuty sumienia, że jeśli bym spał krócej, to zrobiłbym jeszcze piątą pętlę, więc w przyszłym roku pewnie spróbuję poprawić mój wynik na „Zamieci”.

                                                                 fot. Karolina Krawczyk Photography 

Michał Marczak