ARTYKUŁY

Zachęcamy do czytania i dodawania własnych tekstów.

TRENINGI

Zapraszamy na bezpłatne, otwarte treningi biegowe.

OBOZY

Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.

Aconcagua relacja

Wcześnie rano. 3:00 godzina -  dzwoni budzik w zegarku. Szybko wyłączam. Za 5 min dzwoni kolejny dzwonek. Nie chce mi się wstawać. Szron ze ścianek namiotu spada nam na twarz, przy każdy podmuchu wiatru. Obok jeszcze śpią towarzysze przygody. 3:15 – „dobra trzeba wstawać” – „jeszcze 5 min” słyszę w odpowiedzi. O 3:30 zaczynamy topić śnieg, aby mieć wodę na śniadanie i do termosu na cały dzień ataku szczytowego. Jest ciemno i zimno. Termometr na zewnątrz pokazuje - 26st. Dobrze, że wczoraj wieczorem przygotowaliśmy dwie reklamówki śniegu, dlatego teraz nie trzeba wychodzić z namiotu. Dwa jetboil’e pracują pełna parą, a nasza trójka bardzo powoli zaczyna przygotowywać się do wyjścia. Bardzo powoli, bo na wysokości 6000m n.p.m. każda czynność zajmuje trzy/cztery razy więcej czasu niż na nizinach. Ubieram się i pakuje plecak. Sprawdzam go trzy razy, czy na pewno mam wszystko. Zapasowe łapawice - są, zapasowa czapka - jest, zapasowa czołówka - jest, batony, żele węglowodanowe - są, kurtka gore-tex - jest, termos - pełny, bukłak – nie wiem czy brać, ale ostatecznie zostawiam go. To, co mam włożyć na siebie, mam juz zaplanowane od trzech dni, dlatego ta część porannego rytuały idzie mi wyjątkowo gładko. Planowaną godziną wyjścia jest 5:00, dlatego 4:55 powoli wygrzebujemy się z namiotu, zakładamy buty, plecaki i jesteśmy gotowi do wyjścia. Na niebie jeszcze lśnią gwiazdy, w takiej ilości jakiej jeszcze nigdy nie widziałam, a termometr na mojej stacji pogody usilnie pokazuje, że jest wciąż bardzo zimno. Czekamy na spóźnialskich, podczas gdy inne grupy już ruszały do góry. Nasz szlak wyznaczają teraz wspinające się rozświetlone czołówki. Nagle nie wiem skąd, dochodzą do mnie słowa  - RAKI. „Jezu, zapomniałam o rakach, gdzie są moje raki. Dlaczego o nich zapomniałam. Jak mogłam, przecież bez nich nigdzie nie wejdę” – tak niestety działa wysokość, przytępia zmysły. Wracam szybko do namiotu, wygrzebuje schowane raki i czym prędzej zakładam je na buty. Dobrze, że to automaty, bo nie tracę na to zbyt dużo czasu. Jest godzina 5:40, wszyscy jesteśmy gotowi i wreszcie ruszamy w kierunku szczytu Aconcagua – 6962m n.p.m., najwyższego szczytu Ameryki Południowej, najwyższego szczytu obu Ameryk i najwyższego szczytu półkuli południowej.

Aconcagua

Aconcagua leży w Andach Południowych, w Kordylierze Głównej, na obszarze Argentyny, nieco ponad 110 km na północny - zachód od miasta Mendoza. Tworzy ona rozległy masyw (o długości 60 km), zbudowany głównie z granitów, pochodzenia wulkanicznego. W języku rdzennych Indian Quechua słowo Aconcagua znaczy: „Biały Wartownik”, natomiast w języku Indian Aymara  - „Kamienny Wartownik”. Pierwsze udokumentowane wejście należy do Szwajcara Matthiasa Zurbriggena 14 stycznia 1897. W 1934 pierwsza polska wyprawa andyjska (Stefan Daszyński, Konstanty Jodko-Narkiewicz, Stefan Osiecki, Wiktor Ostrowski) wytyczyła nową drogę od strony wschodniej przez lodowiec, nazwany później Lodowcem Polaków. Polska alpinistka Wanda Rutkiewicz pokonała słynną południową ścianę szczytu Aconcaguy w roku 1985. Droga normalna oraz droga Lodowcem Polaków określana jest wg klasyfikacji IFAS jako prosta, po stromym zboczu. Prawdziwym wyzwaniem jest licząca ponad 2 km wysokości lodowo-śnieżna południowa ściana widziana z doliny Horcones - ścianą tą, wśród barier seraków i ruchomych skał, prowadzą najtrudniejsze drogi na wierzchołek.

Aconcagua nie jest moim pierwszym szczytem, na którym zamierzałam stanąć. Zdobywałam już doświadczenie w górach Kaukazu, w Alpach, Pamirze i górach Alaski. Ostatni raz w górach wysokich byłam w 2011 na Piku Lenina (7134m n.p.m.). Moja ponad dwuletnia przerwa spowodowana była kontuzją i operacją kolana, dlatego wybór padł na najwyższy szczyt Andów, gdyż jest on traktowany jako stosunkowo łatwy szczyt. Na początku traktowałam go z małym lekceważeniem – mówiłam „a pojadę i wejdę sobie na Ankę” (tak potocznie mówi się na szczyt Aconcaguy), ale podczas Warszawskiego Festiwalu Filmów Górskich, kiedy rozmawiając z Anną Czerwińską powiedziałam, że jadę na Ankę – dostałam, łagodnie mówiąc, małą reprymendę. – „Nigdy tak nie mów na górę, na która chcesz wchodzić. Szanuj góry”. Chwilę się zamyśliłam i oczywiście przyznałam rację. Od tej pory zaczęłam poważniej podchodzić do wyprawy, do przygotowań kondycyjnych, logistycznych i merytorycznych. Na dwa miesiące przed wyjazdem intensywniej zaczęłam biegać po górkach, chodzić na spinning i pływać. Dodatkowo wzmacniałam nogi, brzuch i plecy oraz chodziłam po schodach na 10-te piętro z 20kg plecakiem. To nie było łatwe ani lekkie. W wolnych chwilach między pracą a treningami, szukałam w sieci relacji z innych wypraw na Aconcague, aby poznać dokładnie trasę, specyfikę wspinaczki, warunki, zagrożenia, potrzebny sprzęt, przyczyny porażek i sukcesów. Oglądałam zdjęcia, filmy i oczywiście wnikliwie czytałam dwie obowiązkowe pozycje książkowe, czyli „Wyżej niż kondory” Wiktora Ostrowskiego, o pierwszej polskiej wyprawie w Andy z 1934r., pierwszym wejściu na drugi szczyt Andów – Mercedario i pierwszym przejściu lodowca polaków uwieńczonego zdobyciem szczytu Aconcaguy, oraz „O dwóch takich... Teraz Andy” Katarzyny Pinkosz i Łukasza Żelechowskiego, o wyprawie Piotra Pogona i Łukasza Żelechowskiego na Aconcague – warto dodać, że Piotr jest po usunięciu jednego płuca, a Łukasz jest niewidomy.

Podczas przygotowań pozyskałam również trzech sponsorów sprzętowych, dzięki którym otrzymałam niezbędny do udziału w takiej wyprawie sprzęt. Od firmy Brubeck dostałam bieliznę termoaktywną, w której zdobywałam szczyt, od firmy Agisko batony i żele energetyczne a od Garmina wypożyczyłam odbiornik GPS Oregon 650 i zegarek Fenix oraz kamerę dla aktywnych Virb Elite. Za cały sprzęt bardzo serdecznie dziękuję.

Niezłym wyzwaniem było samo pakowanie, mimo że skrupulatnie spisałam listę sprzętu turystycznego potrzebnego na wyjazd. Na dwa tygodnie przed wyjazdem, moje mieszkanie zamieniło się w magazyn. Wyrzuciłam wszystko z szafy i powoli robiłam selekcje, co tym razem zabrać a co zostawić. Do tego stopnia, ze koszulki i spodnie ważyłam na wadze kuchennej i wybierałam te lżejsze. Problem był taki, że w bagażu głównym mogłam mieć tylko 23kg, a moja torba z plecakiem i resztą sprzętu niezmiennie oscylowała w granicach 30kg. Na szczęście, część najcięższych rzeczy, jak buty i sprzęt puchowy mogłam przepakować do bagażu podręcznego, a w ostateczność duże i ciężkie buty wysokogórskie założyć na siebie. Po pięciokrotnym przepakowywaniu, w końcu udało się i mogłam ze spokojem jechać na lotnisko i nadać bagaż.

 

Start

Zgodnie z planem wylecieliśmy 6 lutego 2014r, przez Frankfurt do Buenos Aires. Naszą grupę tworzyło 11 osób, ale tylko 5 z nas wylatywało z Okęcia. Monikę i Łukasza poznałam jeszcze w Polsce, a kolejne 6 osób poznałam we Frankfurcie. Dwie kolejne osoby miały do nas dołączyć już w Mendozie. W Buenos meldujemy się z samego rana, przygotowani na czekający nas tam upał. A tu niespodzianka. Deszcz i niecałe 20st. Dobrze, że polar był w bagażu podręcznym. Z lotniska jedziemy prosto na dworzec autobusowy, by nocnym kursem przejechać do Mendozy. Pół dnia, które mamy do odjazdu autobusu spędzamy na szybkim zwiedzaniu Buenos i sytym obiedzie. Ja oczywiście muszę spróbować prawdziwego argentyńskiego steka. Bajka, ale to jeszcze nie było to, czego oczekiwałam. Następnego dnia rano jesteśmy juz w Mendozie i pierwsze kroki kierujemy do Ministerstwa Turystyki, gdzie musimy okazać wszystkiego dokumenty dotyczące wspinaczki i odebrać nasze pozwolenia. Potem szybkie zakupy w lokalnym supermarkecie i jesteśmy gotowi na rozpoczęcie naszej wielkiej przygody. Wieczorem jedziemy do Los Penitentes, gdzie ostatni raz przepakowujemy nasze bagaże i jedzenie. Zdecydowana większość worów następnego dnia, pojedzie na mułach do bazy, tak że ich ciężar nie może przekraczać 30kg. My natomiast spakowani tylko na dwa dni, dokładnie 10 lutego o 12:00 przekraczamy bramy Parku Narodowego Aconcagua. Tutaj też dostajemy pierwsze worki foliowe na śmieci, które pod koniec wyprawy trzeba oddać, oczywiście pełne. Worków trzeba pilnować jak oka w głowie, bo zgubienie lub nie oddanie potem kosztować nas będzie 100 dolarów. Po załatwieniu wszystkich formalności, ruszamy wgłąb doliny Horcones (Jaskółek).

Droga prowadzi najpierw prawą stroną Rio Horcones, a po przejściu wiszącego mostu – lewą. Według przewodnika to zaledwie 6 kilometrów, ale do Confluencii (3350m) docieramy po 3 godzinach spokojnego marszu. Tuż za Confluencią, w prawo odbija droga do Plaza Francia pod południową ścianą „Anki”. Idąc doliną Horcones podziwialiśmy bogatą paletę kolorów kamiennych ścian, wznoszących się po obu stronach doliny. Uroku temu wszystkiemu, dodaje płynąca leniwie rzeka Horcones, której ceglasty kolor, towarzyszy nam w czasie całej wędrówki. Od czasu do czasu mijają nas muły dźwigające ciężkie kilkudziesięciokilogramowe ładunki i wzbijające przy okazji tumany piachu i pyłu, przed którym trzeba się dokładnie chronić, naciągając chustę na usta i nos. Pył wdziera się wszędzie, bo nawet pod koniec dnia zauważyłam, że nawet majtki mam w kolorze ceglastym. W obozie Confluesia, albo jak my go nazywaliśmy żartobliwie – Condolensja, po rozłożeniu namiotów, musimy odmeldować się u rangersów i odbyć pierwszą obowiązkową kontrolę lekarską. Lekarz bada naszą saturację – wysycenie krwi tlenem, ciśnienie krwi i puls. Jeśli czyjeś wyniki są niepokojące, musi on zostać dłużej w obozie, w celu aklimatyzacji. W naszej grupie, na szczęście, aklimatyzacja przebiega prawidłowo i wszyscy dostajemy pozwolenie na kontynuowanie marszu do bazy. Resztę dnia spędzamy na poznawaniu się, opowieściach, piciu i jedzeniu. Tego dnia też zanotowaliśmy rekord ciepła, gdyż w słońcu termometr wskazywał +53st. Kolejnego dnia, z samego rana, zbieramy namioty i ruszamy w  kierunku naszej bazy - Plaza de Mules (4300m n.p.m.). Trasa planowana jest na 8 godz. spokojnego marszu. Mamy do pokonania ponad 1000m przewyższenia i w celu lepszej aklimatyzacji, należy tę część drogi pokonać bardzo wolno. Im wolniej tym lepiej, także żadne wyścigi nie wchodzą w rachubę. Większość trasy wiedzie płaskim jak stół dnem doliny, gdzie kilka razy musimy przeskoczyć przez płynącą tam rzekę. Z relacji czytanych przed wyprawą wiedziałam, że czasami woda sięga kolan i trzeba zdejmować buty i przechodzić bardzo ostrożnie. Nas, w tym roku, wody rzeki Horcones oszczędziły, bo jej poziom był bardzo niski i wystarczał tylko mały skok, aby być juz na drugim brzegu. Dolina miała iście krajobraz księżycowy, bardzo surowy. W momencie, jak opuściliśmy obóz Confluensia, skończył się kolor zielony a za to całą drogę towarzyszył nam kolor szary i czasami rdzawy. Okalające dolinę góry, za to mieniły się feerią kolorów od brązowych, po zielone, czerwone, bordowe i żółte. Do tego jeszcze błękit nieba dawał wrażenie przebywania na innej planecie. Ciężar wędrówki potęgowało ostre słonce, które od popołudnia zaczęło palić niemiłosiernie i nawet, kiedy wszystkie części ciała były skrupulatnie zakryte odpowiednim ubraniem a twarz i kark posmarowany gruba warstwą kremu z filtrem 50, to i tak po dotarciu do celu niektórzy z nas „chwalili” się swoimi poparzeniami.

Plaza de Mules

Do Plaza de Mules – czyli Plac Mułów – dotarliśmy po 9 godz. Baza  leży na wysokości 4300 m n.p.m. i wygląda jak małe miasteczko górskie. Są  tutaj  małe restauracje, oferujące zimne napoje oraz obiady. Ceny, adekwatnie do wysokości, bardzo wysokie (litrowa butelka Coca Coli to wydatek ok. 12 $, pizza 25$). Można tez skorzystać z telefonu satelitarnego oraz internetu (wysłanie SMS-a kosztuje 1$, natomiast 5 min internetu to koszt 15$). Są prysznice z gorącą wodą i portesi, którzy za drobna opłata 190$ za 20kg, wyniosą nam część sprzętu do Nido, natomiast za 240$ pójdą aż do Colery. Jest też najwyżej na świecie położona galeria obrazów, w której można kupić lub tylko obejrzeć dzieła przedstawiające Aconcague i okoliczne szczyty. Jej właściciel, Miguel, co roku przyjeżdża do Plaza de Mules na 3-4 miesiące i maluje. Czasami wchodzi na sam szczyt Aconcaguy i również tam siedzi i przerzuca na płótno ulotne widoki. W bazie znajduje tez się budynek Rangersów, do których musimy znów zgłosić się zaraz po przyjściu do bazy. Wpisują nas do swojego rejestru i znów otrzymujemy kolejny worek. Tym razem na odchody wydalone powyżej bazy. Całą zawartość zdajemy, gdy opuszczamy bazę. Nieoddanie pełnego, podkreślam pełnego worka, to mandat 200$, bo oznacza, że zostawiliśmy coś na szlaku. Obóz bazowy posiada własne toalety, z których można korzystać. Są to z reguły wykopane dziury w ziemi z osadzoną metalową beczką. Do naszych usług jest także punkt medyczny, w którym lekarz znów bada nam saturację krwi, ciśnienie, puls i osłuchuje płuca. Namioty rozbijamy bardzo starannie mocując je do kamieni dodatkowymi odciągami. Andy to bardzo wietrzne góry i zdarza się, że wiatr porywa namioty. Czasami zdarza się też, że namioty porywa wiatr, wywołany przez helikopter, który każdego ranka przylatuje o 7:30 po pełne toalety i akurat zawisa tuż nad namiotami. W bazie mamy do dyspozycji duży namiot-mesę, gdzie się stołujemy, wodę z beczki i miejsca pod nasze namioty.

Po przybyciu do bazy, kolejny dzień robimy sobie wolny, tzw. rest. Siedzimy w mesie, sprawdzamy saturacje na pulsoksymetrach i robimy konkursy, kto ma lepiej wysyconą krew tlenem. Dużo pijemy oraz jemy i kombinujemy, jaki najlepszy schemat aklimatyzacji przyjąć. Jest kilka propozycji, ale i tak naprawdę to pogoda będzie rozdawać karty. Każdy z nas wie, ze według statystyk, na szczyt wchodzi tylko 30% osób z tych, które próbują zdobyć tę górę. Każdy z nas chce znaleźć się w gronie tych 30%, dlatego następnego dnia wychodzimy, na lekko, na kilkugodzinne wyjście aklimatyzacyjne, na pobliski 5-tysięcznik – Bonnete. Podejście jest iście trekkingowe, a po drodze możemy zobaczyć osobliwość tych gór -  tzw. penitenty, czyli śniegi pokutujące.

Są to wyrzeźbione przez wiatr, formacje śnieżne, wyglądające jak połamane płyty lodowe poustawiane pionowo. Wyjście zajmuje nam ok. 6 h spokojnego marszu, gdzie ze szczytu, jak na dłoni, widać ogrom i piękno Aconcaguy. Śledzimy palcem, jak wygląda droga do obozu pierwszego i gdzie jest słynny trawers i rynna Canaletta, która będziemy pokonywać podczas ataku szczytowego. Jednocześnie staramy się, jak najlepiej wykorzystać wysokość i dlatego na szczycie spędzamy około godziny, posilając się i robiąc zdjęcia okolicznym górom. Widoki zapierają dech w piersiach. Ciągnące się, aż po horyzont pasma górskie, zachwycają przede wszystkim feerią barw. Mając zaliczone 5000m, możemy juz planować wyjście do obozu pierwszego – Nido de Condores, czyli Gniazda Kondorów, który jest na wysokości 5600m n.p.m. Wyjście planujemy kolejnego dnia. Plan zakłada nocleg na tej wysokości a następnie zejście do bazy. Biorąc pod uwagę, że wyniesiony do Nido namiot, zostanie tam i będzie nam służył podczas ataku szczytowego, wynosimy tez do góry część sprzętu, jedzenia i gaz na atak. Niektórzy z nas korzystają z możliwości wynajęcia porterów i pomoc w dźwiganiu ciężkich worów. Ja nie. Dokładnie planuje, co zabieram do góry teraz, a co za drugim wyjściem, żeby najcięższe rzeczy znalazły się już w obozie pierwszym, ale też aby te niezbędne jednak zostały na dole. W opowieściach i relacjach innych czytałam, że czasami jakieś nieprzyjazne chochliki potrafią wyczyścić namioty pozostawione w obozach powyżej, dlatego nie zdecydowałam się na wyniesienie najważniejszych i najcenniejszych rzeczy, jak kurtka puchowa czy ciężkie buty. Koncepcji pakowania było tyle ilu uczestników, tak więc na podejściu, niektórzy mieli plecaki wypchane tak, że oczy im wychodziły z orbit – to ja, a inni szli praktycznie na lekko. Podejście do Nido można podzielić na trzy części. Pierwsza część to podejście do obozu pośredniego Canada 4977m  (część grup wychodzi do tego miejsca na aklimatyzacje), druga część -  podejście do obozu Alaska (5412m) – tu rozbijają się Ci, którzy nie dali rady dojść do celu i w końcu do Nido. Dwa pierwsze odcinki to monotonne, jednostajne podejście po rumowisku żwiru i drobnych kamieni. Ścieżka wije się zakosami, dzięki czemu idzie się troszkę lżej. Zauważyłam, że przewodnicy argentyńscy idący z klientami podchodzą bardzo powoli, krok za krokiem, niespiesznie, dlatego my też nie zamierzamy rwać do przodu. I tak byłoby z tym ciężko, gdyż z każdym krokiem nasze plecaki ważyły coraz więcej. Trzecia część drogi, to chyba najbardziej psychicznie wykańczający odcinek, jaki kiedykolwiek musiałam pokonać. Teren zdecydowanie się wypłaszczył, więc powinno się iść łatwiej, ale wcale tak nie było. Obóz, wydawał się być już na wyciągniecie ręki, na najwyżej 40 min marszu, bo w oddali było widać flagę powiewającą nad obozem, a jednak droga zajęła nam ok. 3h. Podchodząc miałam wrażenie, że złośliwe skrzaty co chwile wydłużają nam drogę i robią nowe, coraz wyżej podchodzące zakosy. Do obozu doszliśmy późnym popołudniem, po ok. 8h marszu. Resztką sił rozstawiliśmy namioty. Dodatkowo przeszkadzał nam w tym coraz bardziej rozpędzający się wiatr. Namioty trzeba było dokładnie umocować do podłoża, żeby nie odleciały. W tym celu zaczęliśmy znosić większe kamienie z okolicy, co w rozrzedzonym powietrzu nie było łatwym zadaniem. Pospiesznie zbieramy śnieg i w końcu, możemy wsunąć się do namiotu. Szybkie gotowanie, picie i można spokojnie odpocząć w ciepłym śpiworze. Wieczorami zaczyna się codzienny rytuał pozyskiwania wody. UWAGA: żółty śnieg, to nie jest śnieg cytrynowy. Trzeba na to zwracać uwagę, dlatego bezpieczniej po śnieg chodzić z dala od namiotów. Mała ilość tlenu, pierwszy raz na tej wysokości i narastający pulsujący ból głowy, nie pozwalał zasnąć. Po ciężkiej nocy, niespiesznie zbieraliśmy się do wyjścia. Zabezpieczyliśmy jeszcze namiot dodatkowymi kamieniami i zaczęliśmy schodzić. Dla mnie wciąż niesamowite jest to, że droga, która zajęła nam do góry ponad 8h, w dół trwała tylko 2h. Podczas zejścia, zaczyna się psuć pogoda. Nadciągają chmury i kiedy wchodzimy do namiotu w bazie, zaczyna padać śnieg. Nie ukrywam, że trochę nas niepokoi to załamanie pogody. Według planu, następnego dnia robimy dzień przerwy, dlatego mamy nadzieje, że na dzień wyjścia na atak pogoda się poprawi. Czas wolny poświęcamy na regeneracje, ładowanie akumulatorów i na sprawdzaniu co chwile prognoz pogody. Według rożnych stron internetowych i informacji jakie dostajemy z Polski, okno pogodowe ma być za trzy – cztery dni. Także w bazie możemy siedzieć max dwa dni, a potem już trzeba wychodzić do góry. Podczas przeczekiwania złej pogody, na niebie przetaczały się szybko tumany chmur, przerywane wielkim „whiteoutem”  z ciężkimi opadami śniegu. Widoczność spadała do 30m. W takich warunkach, żadna działalność górska nie ma sensu. W bazie spadło ok. 20 cm śniegu, a miejscowi mówią, że takich opadów dawno nie widzieli. Góry wymagają cierpliwości od tych, którzy chcą je zdobywać. Zatem i my musieliśmy uzbroić się w cierpliwość i nie narzekać.

Atak

Po dwóch dniach siedzenia na przemian, w messie jedząc i pijąc, albo śpiąc w namiocie, trzeciego dnia w końcu zapakowani po uszy, znów przemierzamy drogę do Nido. Podobno za drugim podejściem powinno iść się szybciej, ale i tak znów droga zajmuje nam niecałe 8h. Obawiamy się, o nasze namioty, które zostawiliśmy w obozie pierwszym, ale jednak wiejący wiatr nie wyrządzili żadnej szkody. W okolicy godziny 17:00, zaczął wzmagać się wiatr, przychodziły chmury i zaczynał padać śnieg. Od tego dnia taki scenariusz pogodowy powtarzał się już codziennie. Szybko robimy kolację, napełniamy termosy i idziemy spać. Plan na następny dzień – podejście do obozu Colera na wysokości 6000m n.p.m. Ta noc już przebiega bez problemu, choć głowa delikatnie ćmi. Kolejny dzień budzi nas przepięknym słońcem i idealnym widokiem na trasę podejścia na szczyt. Na śniadanie postanowiłam zjeść bardzo kaloryczny posiłek, dlatego do musli dodałam prawie całą tabliczkę gorzkiej czekolady. Smakowało wybornie, choć wyglądało gorzej. Musli z czekoladą miało dodać energii, ale efekt był zdecydowanie odwrotny. Zaczęłam się dziwnie czuć, w głowie był jakiś dziwny niepokój i czułam się jak na dwie sekundy przed omdleniem. Nie wiedziałam co robić. Grupa zaczęła się zbierać do wyjścia, a ja czułam się coraz gorzej. Miałam mętlik w głowie. Postanowiłam, że pójdę do góry, ale jak tylko zacznie mi się kręcić w głowie, albo będę miała jakieś mroczki przed oczami, razu robię w tył zwrot i nici z ataku szczytowego. Tego dnia szłam na końcu i ledwo mogłam nadążyć za grupą. O dziwo, jak stawałam żeby odpocząć czułam się jeszcze gorzej, ale jak znów zaczynałam iść, to mdłości przechodziły. Im dłużej i wyżej szłam zaczynałam się lepiej czuć, także już pod koniec podejścia, trzymałam tempo grupy i nie czułam już tego niepokoju. Po 4h doszliśmy do krótkich poręczówek wyprowadzających nas na niewielkie wypłaszczenie, otoczone kamieniami. Tam właśnie umiejscowiony był obóz Colera. Teoretycznie, skały które otaczały obóz miały chronić przed wiatrem, ale akurat dziś wiatr znalazł inne wejście i jak zwykle późnym popołudniem zaczynał szaleć miedzy namiotami, razem z padającym mocno śniegiem. Namiot rozstawiamy tuż przy schronie Ellena, który jest najwyżej na świecie położonym schronieniem. Ufundowany przez rodziców Elleny Senin, która w 2009 roku zginęła podczas zejścia ze szczytu razem z towarzyszącym jej Argentyńczykiem Federico Campanini.

Teraz już cały czas wiatr szaleje i rzuca naszym namiotem, a do tego coraz mocniej pada, przez co jutrzejszy atak, będzie wymagał torowania. Wieczór spędzamy na gotowaniu, piciu i jedzeniu oraz na pakowaniu, a raczej wielokrotnym przepakowywaniu plecaka. Wpadamy znów w spirale picia i sikania. Na wysokości, trzeba bardzo dużo pić, żeby się nie odwodnić, ale ujemny efekt tego jest taki, że trzeba wstawać w nocy, wychodzić z zagrzanego juz śpiwora, ubierać się i iść na zewnątrz za potrzebą, a przy temp ok. -25st C nie jest to przyjemne. Dlatego ja, znalazłam drogę na skróty i korzystałam z zakupionego, podczas wyprawy na Alaskę lejka dla kobiet. Pomogło. Naprawdę, niewiele w tych górach jest tego romantyzmu i finezji. Głowa delikatnie boli, ale to normalne na tej wysokości. Stres nie pozwala spokojnie zasnąć, dlatego cały czas powtarzam sobie, co muszę zrobić przed wyjściem, co założyć na siebie a co spakować jeszcze do plecaka. Budzik ustawiony na 3:00, żeby o 5:00 w pełnym rynsztunku, stanąć na początku szlaku i zacząć całodzienny marsz po marzenie.

Po paru godzinach niespokojnego snu, zjedzeniu batona energetycznego jako śniadania, wypiciu i uzupełnieniu termosu w gorący izotonic, opatulona we wszystkie ciepłe ubrania, które wyniosłam do góry (7 warstw – trzy koszulki termoaktywne i  dwie bluzy z wełny merynosa Brubecka, sweter i kurtka puchowa), w objęciach ciemności ruszamy w drogę. Przed nami inne grupy wyznaczały szlak swoimi czołówkami. Krok za krokiem, pięliśmy się do góry, powoli zdobywając wysokość. Na szczęście prognozy na ten dzień są bardzo obiecujące, bo na szczycie ma wiać nie więcej jak 20km/h. Od samego rana miałam zmarzniętą prawą stopę i nawet po godzinie marszu nie mogłam jej rozgrzać. Czekałam z utęsknieniem na pierwsze promienie słońca, w nadziei ze ono pomoże dojść krwi do stopy. Kolejne metry i minuty mijały, ale niestety nie było poprawy. Gdy wstało słońce, zrobiło się cieplej, ale moja stopa wciąż była zmarznięta na kość. Wtedy pomyślałam, że jeżeli w ciągu następnej godziny nie rozgrzeje się, będzie trzeba zawrócić do obozu. Nie ma co ryzykować utraty stopy. Cały czas szliśmy zwartą grupą. Było nas 10 osób, ponieważ jeden chłopak został w obozie drugim. W pewnym momencie stwierdziłam, że nasze tempo jest dla mnie zbyt wolne i mimo wielu warstw ubrań, w tym swetra i kurtki puchowej, jest mi po prostu zimno. Wtedy zdecydowałam się odłączyć od grupy i trochę przyspieszyć. Razem ze mną odłączył się Łukasz i już do szczytu szliśmy razem. W momencie, kiedy zwiększyłam tempo a słońce było coraz wyżej, zaczęłam odczuwać delikatne mrowienie w prawej stopie. Uff, zaczyna dochodzić tam krążenie. Będzie dobrze. Po ok. 3h marszu dochodzimy do Independencji 6546m– miejsca, gdzie znajduje się zniszczony przez wiatr drewniany schron. Tam robimy sobie krótki odpoczynek, podczas którego wspomagam się tabletką Aspiryny, aby pomóc krwi dotrzeć do przemarzniętej stopy. W momencie kiedy my z Łukaszem zaczynamy podejście, nasza grupa dochodzi do Independencji. Z każdą minutą czuje, że ze stopą jest już coraz lepiej, także opcja odwrotu i rezygnacji ze szczytu nie wchodzi w rachubę. Piękne słońce i błękit czystego nieba nastrajał nas optymistycznie, czułam się bardzo dobrze a nogi mocno szły do góry. Wtedy pomyślałam, że teraz właśnie procentują hektolitry potu wylane na podbiegu na Agrykoli. Wyprzedziliśmy jedną dużą grupę i teraz przed nami szło jakieś 25-30 osób. Trawersując zbocze, bardzo wąską, coraz bardziej piącą się do góry ścieżką, wymijamy kolejnych wspinaczy. W pewnym momencie, mniej więcej w połowie trawersu, grupa przed nami spowodowała prawdziwy i nie dający się wyprzedzić korek. Mówi się, ze wspinaczka na Aconcague jest przygotowaniem przed wspinaczką na Everest. Jeśli chodzi o stanie w korku do szczytu, uważam że mam już wprawę.

 Po 7h marszu doszliśmy w końcu do skałek, przy których robimy sobie dłuższą przerwę, ale bynajmniej nie spowodowaną zmęczeniem, tylko tym że dalsza ścieżka była totalnie zasypana śniegiem i czekamy, aż przetorują i wyznaczą ją argentyńscy przewodnicy. Przyjęło się, że grupy zostawiają przy tych sałakach plecaki i do szczytu idą na lekko. My natomiast zabieramy rzeczy ze sobą, bo wiem, że czasami wejście/zejście może się przeciągnąć i niesiony termos czy zapasowe rękawice mogą uratować życie. Kiedy tylko pierwsza grupa ruszyła do góry, my szybko do nich dołączyliśmy. Weszliśmy w tzw. Rynnę Canaletta, czyli bardzo stromy, biegnący wzdłuż skał szlak, który wyprowadzał nas na grań szczytową. Pogoda wyjątkowo dopisywała i mocno trzymała. Czyste, błękitne niebo, słońce ogrzewające tak, że trzeba było chronić się przed poparzeniem. Trasa coraz bardziej pięła się do góry, a moje tempo wyznaczały odcinki, które szłam w rytmie na trzy lub na pięć oddechów co jeden krok. Wyprzedziliśmy kolejnych paru wspinaczy i jakieś 20 min od szczytu dobiegły nas pierwsze okrzyki radości tych, którzy właśnie zdobyli szczyt. Spojrzeliśmy na siebie z Łukaszem, uśmiechnęliśmy się do siebie a mi do oczu napłynęły łzy radości. Tak niewiele zostało. Powoli, prawie ślimaczym tempem pokonujemy ostatni trzymetrowy próg skalny i dokładnie 19.02.2014 o godz. 15:40 po 10h wspinaczki wchodzimy na niewielkie plateau, będące szczytem Aconcaguy. Pośrodku tego pola stoi metolowy krzyż, który wyznacza dokładnie najwyższy punkt góry.

Wpadamy sobie z Łukaszem w ramiona. Radość wprost niewyobrażalna. Wiem, że świętować możemy dopiero jak wrócimy do bazy, ale i tak cały czas uśmiecham się do siebie. Chwilę odpoczywam, robię zdjęcia, kręcę film, jem żel Agisko i nie mogę się napatrzeć na niesamowitą panoramę 360st morza gór. Od dołu widać podchodzące chmury, ale my mamy jeszcze piękny widok na całe Andy. Po ok. 30 minutach jakie spędziliśmy na szczycie, w pewnym momencie znów dziwnie się poczułam. Zaczęłam czuć niepokojące otępienie i momentalnie powiedziałam do Łukasza, że trzeba schodzić. Łukasz jeszcze chciał zjeść batona, natomiast ja nie chciałam ani sekundy dłużej przebywać na tej wysokości. Ustaliliśmy, że ja zaczynam powoli zejście i Łukasz mnie dogoni. Po ok. 15 minutach schodziliśmy już razem, a ja później już nie odczułam podobnego stanu, jak na szczycie. Schodzenie i obniżanie wysokości jest najlepszym lekarstwem na wszelkie dolegliwości wysokogórskie. W połowie zejścia rynną Canaletta, spotykamy resztę naszej grupy, która dopiero podchodziła. Grupa była tylko pięcioosobowa, gdyż inni uczestnicy z różnych powodów postanowili zawrócić. Jednemu chłopakowi złamał się rak, inny stwierdził, że ta wysokość to już dla niego sukces i wraca. Przybijamy sobie piątki, dodajemy otuchy i czym prędzej schodzimy, bo pogoda zaczyna się mocno pogarszać. Niepokoi mnie stan Ignacego i Roberta, bo chłopaki przybrali kolor fioletowy. Jest to oznaka niedotlenienia i odwodnienia, ale na zadane pytanie „jak się czują” usłyszałam, że „jest ok” i że idą do góry. Zaczyna wiać i z chmur, które widzieliśmy ze szczytu zaczyna sypać, najpierw drobny a potem i gęsty śnieg. Nastawiam mój GPS Garmina na opcję Track Back, żeby w razie problemów z widocznością doprowadził nas prosto i bezpiecznie do namiotów. Trochę martwię się o naszych współtowarzyszy, bo to oznacza, że będą schodzić po ciemku i zamieci śnieżnej. Po drodze doganiamy nasza koleżankę, która zawróciła spod skałek z powodu złego samopoczucia. Podziwiam i cenie bardzo ludzi, którzy potrafią zarzucić swoje ambicje i plany i przy pierwszych objawach choroby wysokościowej wrócić do obozu. Szacun. Powoli i ostrożnie schodzimy zostawiając za sobą owiewany przez wiatr szczyt Aconcaguy. Teraz juz w trójkę, wleczemy się noga za nogą, wypatrując naszego obozu. Na szczęście śnieg nie zasypał jeszcze wydeptanych rano śladów, dlatego po ok. 3 godzinach marszu docieramy wreszcie do naszych namiotów. Niesamowicie zmęczeni, ściągamy raki, zbieramy dwie reklamówki śniegu do topienia i pakujemy się do śpiworów, aby juz teraz na spokojnie i w cieple zabrać się za gotowanie i picie. Bardziej z rozsądku niż z pragnienia czy głodu, bo emocje, wysokości i zmęczenie skutecznie odebrało nam apetyt. Wpatrzeni w strzelający z kuchenek niebieski płomień, wymieniamy wspomnienia z właśnie mijającego dnia. To był długi, męczący, ale za to niesamowicie szczęśliwy dzień. Popijając ciepła herbatę nasłuchujemy nadejścia reszty naszej ekipy. Po około 3h przychodzi pierwsza czwórka, a po kolejnych 3h schodzi reszta. Ze świadomością, że wszyscy są juz w obozie, odpływamy w objęcia Morfeusza.

Powrót

Następnego dnia wcześnie rano, obudził nas huraganowy wiatr. Czujemy się jakby pociągi towarowe na pełnej prędkości przejeżdżały tam i z powrotem, tuż obok naszego namiotu. Poły namiotu co chwile kładły się tak, ze osoby śpiące przy ściankach nie miały jak oddychać. Dowiadujemy się też, że wczoraj podczas zejścia jeden z naszych kolegów miał spore problemy. Tracił przytomność i nie miał siły iść. Dostał domięśniowo Dexamethazon, ale niewiele to pomogło. Po dojściu do obozu, koledzy umieścili go w schronie, aby miał więcej miejsca i mógł spokojnie się położyć. Nad ranem jego stan wcale nie był lepszy, dlatego szybko zwinęliśmy namiot i zaczęliśmy sprowadzać go do obozu Nido, gdzie znajdował się namiot z rangersami i lekarzami. Ja pobiegłam pierwsza, z nadzieję ze któryś z rangesów wyjdzie do osób sprowadzających Roberta np. z tlenem, ale niestety w tym samym czasie grupa amerykańska ściągała z Colery swojego nieprzytomnego towarzysza, po którego przyleciał helikopter. Monia, Łukasz i Robert doszli do Nido po jakiś 2h i już tam zajęli się nim medycy. Zrobili mu badania, saturacja, ciśnienie, osłuchali płuca i okazało się, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Diagnoza – wycieńczenie organizmu. Leczenie -  dużo słodyczy, dużo płynów i jak najszybsze zejście do bazy. W Nido jeszcze trochę odpoczęliśmy i po godz. zaczęliśmy powoli schodzić. Zdecydowanie widać, ze z każdym krokiem Robert idzie coraz lepiej, dlatego po 3 kolejnych godzinach odmeldowaliśmy się w Plaza de Mules. Zrzuciliśmy wory do namiotu i całą grupą poszliśmy na przepyszną pizze. Można było zacząć świętować, bo wszyscy cali i prawie zdrowi dotarli do obozu, nie było żadnych odmrożeń ani innych strat. Popołudniu Aconcagua znów schowała się za chmurami i zaczął wiać wiatr. Tej nocy pierwszy raz nie było księżyca i dawno nie widziałam tak czarnej nocy. Wieczorem zaczęliśmy pakować nasz ekwipunek, który rano miał pojechać na grzbietach mułów do granic parku. Zaszyliśmy się potem w namiotach, co chwile wspominając ostatnie wydarzenia.

Rano mulnicy umówieni byli na godz. 11:00, wobec tego niespiesznie zaczynamy pakować resztę  rzeczy, składać namioty i zanosić cały sprzęt na muły. Musimy jeszcze rozliczyć się z permitu i worków z odchodami ze strażnikami parku. Wynika przy tym „małe” nieporozumienie, bo strażnicy nie chcą zaakceptować zawartości dwóch worków, przez co tracimy sporo czasu i pieniędzy. Ok. 14:00 ruszamy w drogę powrotną, żegnając się z baza i otaczającymi górami. Czeka nas ośmiogodzinny marsz doliną Horcones, ale teraz mam czas żeby podziwiać wznoszące się po obu stronach potężne różnokolorowe skały. Wychodząc z doliny szarość i pył zaczyna przechodzić w kolor zielony, żeby juz przy samej granicy parku pożegnać nas przepiekaną laguną. Oddajemy permity u strażnika i wynajętym busem wracamy do Mendozy. Po drodze zatrzymujemy się w miejscowości Upsalla, gdzie wszyscy razem zaczynamy świętować przy przepysznym argentyńskim winie i obłędnych stekach. Powoli zaczynam wierzyć w to, że właśnie spełniło się moje marzenie. Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi.

Joanna Kozanecka