ARTYKUŁY

Zachęcamy do czytania i dodawania własnych tekstów.

TRENINGI

Zapraszamy na bezpłatne, otwarte treningi biegowe.

OBOZY

Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.

Berlin zdobyty!

Berlin.

Od niego postanowiłem zacząć swoją przygodę z zagranicznymi startami. Taki wybór nie powinien dziwić - raz, że stolica Niemiec jest po prostu blisko a dojazd bardzo łatwy, dwa, że imprezy tam zaliczane są do największych i najlepszych na świecie. Do tego możliwość szybkiego dotarcia z Warszawy pociągiem (5h) co ma dla mnie niebagatelne znaczenie.

Większość ludzi uważa, że skoro już jechać daleko to na cały maraton. Mnie taka logika nie przekonuje - w przypadku półmaratonu opłaty są podobne, emocje i kaliber także a dodatkowo ryzyko błędu w przygotowaniach i kontuzji czy nieukończenia o wiele mniejsze - dlatego wybór padł na berlińską połówkę.

Zapisy zaliczyłem jeszcze w zeszłym roku - ostatecznie 35 Euro to w porównaniu z krajowymi połówkami nie jest już szokująca suma - gdybym się pospieszył byłoby nawet 30. Na dwa miesiące przed startem warto już pomyśleć o transporcie (jeśli lotniczym to nawet wcześniej) i noclegu. Z tego ostatniego wyręczył mnie Grzesiek, który zarezerwował sprawdzony hostel blisko startu -Generator.

Podróż minęła sprawnie i bez niespodzianek - Berlin-Warszawa Express to jeden z niewielu cywilizowanych pociągów w naszym kraju choć na dworcu w Berlinie wygląda jak ubogi krewny niemieckich pociągów. Po dotarciu na dworzec ruszyłem do biura zawodów - świetna komunikacja w Berlinie nie pozwala się zgubić a już w metrze na miejsce wiadomo gdzie jechać, kiedy wysiąść i gdzie iść - wystarczy spojrzeć gdzie kieruje się tłum ludzi - budynki monumentalnego, zabytkowego lotniska Tempelhof. Warto wspomnieć, że dla naszych rodziców była to swoista brama do raju - to lotnisko było jedynym portem lotniczym Berlina Zachodniego w czasach komunizmu i miejscem wielu spektakularnych ucieczek i porwań samolotów z krajów bloku wschodniego.

Należy się też wytłumaczenie, że "biuro zawodów" to bardzo skromne określenie na opisanie tego co zastałem. Potężne targi Berlin Vital z setkami stoisk firm związanych mniej lub bardziej z bieganiem ale też z fitnessem, rolkami, odżywianiem, odnową biologiczną, stoiska partnerów, sponsorów, potężna część gastronomiczna...przy tym wszystkim część jednego z hangarów służąca do odbioru numerów to tylko drobny ułamek. Po dotarciu na koniec targów - miejsce odbioru numerów, koszulek, folii ochronnej (z logo adidasa, a jakże) obowiązkowe, darmowe piwo bezalkoholowe - wszystko można załatwić bez kolejek w kilka chwil. Niemcy wygrają z każdym jeśli chodzi o organizację.

Same targi można potraktować jako pokaz nowości w kategorii ubrań czy butów bo z polskiej perspektywy ceny są dość wysokie. Jeśli nie mamy ciśnienia na nowość - nie warto kupować. Warto za to poszukać ulubionych żeli czy odżywek - tu ceny bywają konkurencyjne. Po dwóch godzinach, spotkaniu ze znajomymi, obiedzie i nawadnianiu kolejnym piwem udałem się do hostelu by w naszym przemiłym, klubowym towarzystwie Grzesia i Ani zjeść kolejne tysiąc kalorii i wypić kolejne piwo. Potem spokojny wieczór, przygotowanie, planowanie taktyki i logistyki i spać.

W dniu startu wczesna pobudka i od razu miłe zaskoczenie ze strony pogody - słońce, żadnych chmur i miły chód. Dla mnie perfekcyjne warunki do biegu, dla Grzesia o 10 stopni za zimno. Tego samego dnia w Warszawie na przemian padał deszcz i śnieg. Śniadanie mistrzów - pół miliona kalorii z węglowodanów - każde z nas wedle uznania, ubieranie, szykowanie, nawadnianie, żele, opaski, numery, chipy, ubrania na zmianę i w drogę. Plus Generatora - za 20 minut byliśmy na miejscu.

To co zobaczyłem na Karl-Marx-Alee zrobiło na mnie spore wrażenie, nie tylko rozmiarem ale też stopniem uporządkowania. Strefa startu i mety, szatnie, przebieralnie, catering i kilkanaście innych elementów (włączając królestwo toi-toiek) dla 30 000 ludzi oraz miejsce dla kilkudziesięciu tysięcy kibiców (tak, tylu było na samej mecie) nie dały szansy na zgubienie się. Wszędzie logiczne informacje, strzałki, wielkie napisy kierujące do odpowiednich sektorów czy szatni, dbałość o najmniejsze szczegóły... Ciągle niespełniony sen naszych rodzimych organizatorów. Po krótkiej (Grzesiek) lub zerowej (ja) rozgrzewce odpłynęliśmy do swoich sektorów. Odpłynęliśmy, bo na godzinę przed startem kilkuhektarowy teren startu był jednym wielkim morzem ludzi płynących we wszystkich kierunkach. Tu mała uwaga, 5 sektorów startowych podzielonych co dziesięć minut z czego dwa "malutkie" do 1:40 i trzy ogromne, każdy wielkości Półmaratonu Warszawskiego to sektory kompletnych amatorów, bez żadnego spięcia, uśmiechniętych, truchtających i robiących miny do aparatów. Masowość biegania w Niemczech jest niesamowita.

Kolejna rzecz, która może uderzyć polskiego biegacza to oczywiście poziom obwieszenia gadżetami - nawet truchtacze z ostatniego sektora paradowali w pełnej kompresji, z pulsometrami, pasami pełnymi żeli, napojów, sprzętu grającego i nie wiadomo czego jeszcze. Ustawiłem się w swojej strefie, przepchałem w tłumie do właściwej (lewej) strony na pierwszy zakręt i spojrzałem ostatni raz na powiewające flagi - pogoda idealna acz wietrzna .

Jak się okazało nie miało to aż takiego znaczenia ale najpierw przed samyjm startem spadł mały deszcz. Deszcz wszystkiego co biegacze mieli na sobie a co w ostatnich sekundach zrzucali z siebie na boki trzydziestometrowego pasa ludzi - świetnie to wyglądało w mojej, drugiej strefie - przez kilka sekund w powietrze leciały folie adidasa, termiczne, koszulki, bluzy, czapki i rękawiczki. W tym miejscu należy zaprosić do Berlina wszystkich, którzy zmarźli na ostatnim PMW - tam też wiało i było chyba nawet zimniej. Na koniec - świetny komunikat od głównego lekarza zawodów - jeśli jesteś chory, nie biegnij, jeśli poczujesz się źle - zejdź z trasy. Zdrowie jest najważniejsze. Niby oczywistość ale brakuje czegoś takiego w kraju.

Start - dość niepozorny bo już kolejny tego dnia (po rolkarzach i wózkach) i powoli tłum drgnął. Ruszyliśmy Karl-Marx-Alee zwartą falą ludzi. Za mną jakieś 22000 osób. Co było do przewidzenia i potwierdziło się aż do mety, uczestnicy biegu dość skrupulatnie przestrzegali zarówno ustawień w strefach jak i miejsca w nich - przez całą trasę biegłem niemal w tej samej grupie ludzi.

Zaraz po kilkuset metrach znalazłem to kolejne coś co odróżnia takie zachodnie, pewexowe imprezy od naszych - linię atestu! Tak, tak... tą po której, jak po sznurku, można praktycznie po najkrótszej linii przebiec cały bieg uliczny. Trzymałem się jej aż do mety.

Tymczasem po starcie pamiętając słowa Grzesia po pierwsze zacząłem hamować. Ten tłum ciągnie człowieka jak lokomotywa i ciężko uwierzyć, że lecimy tak szybko. Kolejna rzecz, że w tak dużej grupie i dobrym ustawieniu, nawet niepozornie wyglądające dziewczynki naprawdę biegły na 1:35. Przez cały bieg naliczyłem może kilka (!) osób które wyraźnie źle się ustawiły i były masowo wyprzedzane na trasie.

Pierwsze kilometry, centrum Berlina, Unter den Linden, Brama Brandenburska, zwarty tłum i bardzo równe tempo. Dopiero spojrzenie na flagi ujawniło, że przez dłuższy czas biegliśmy dokładnie pod wiatr. Tu plus masowej imprezy - ciągły bieg w peletonie. Pogoda - idealna, +5 stopni, wysokie ciśnienie. Równy szpaler kibiców. Właściwie bez przerwy od startu przez kolejne kilka kilometrów. Tiergarten i ten cudowny, szybki profil trasy - prawie płasko ale nie nudno - różnica 4-5 metrów na całym dystansie, bardzo lekkie i długie podbiegi i nieco bardziej strome zbiegi.

Spokojne ulice dawnego Berlina Zachodniego. Zadrzewione, już bez wiatru, świetna atmosfera choć trochę mniej kibiców - ot po 100-200 osób na każdym skrzyżowaniu i pojedyncze osoby wzdłuż trasy.

Wspomniałem o dziewczynach - coś nie do pomyślenia, że nawet biegnąc po 4:30 na kilometr miałem cały czas w zasięgu wzroku kilka/ kilkanaście pań i to wcale nie wyglądających na zawodowe biegaczki.

Na 10 kilometrze podliczyłem się z tempa - było naprawdę dobrze. Garmin cały czas upominał, że jest trochę za szybko i toczyłem walkę rozsądku z ambicją.

Po kolejnych dwóch kilometrach "w bok" zawróciliśmy w kierunku mety.

Pomimo, że właśnie zaczynał się najgorszy etap połówki biegło mi się podejrzanie dobrze, szybkie spojrzenie na flagi - no tak, wiatr w plecy i to całkiem solidny. To był naprawdę szybki odcinek - nawet pojawił się strach czy takim tempem aby na pewno dojadę do mety. Ale średnie tempo cały czas rosło...Myśli, że przecież MUSZĘ ukończyć ten bieg - za dużo włożyłem w niego wysiłku, czasu, pieniędzy. Do tego to pierwszy start zagraniczny....

Tymczasem kolejne zespoły, niby podobne do tych Warszawskich ale znacznie więcej i widać (słychać), że zaprawione w bojach na imprezach biegowych. Zespoły bębniarzy były tak wyposażone, że już 300 metrów wcześniej było słychać wybijany rytm. Przy dwóch z nich miałem ochotę się zatrzymać i posłuchać dalej. To bardzo mocny punkt tej imprezy.

Około 14-15km typowy dla tego dystansu kryzys. Jeszcze kawał do mety, słońce przeszkadza, tłum nadal gęsty więc na punktach z wodą (i herbatą) dzieją się dantejskie sceny. To pierwsza impreza na której zmuszonym jestem niemal zatrzymać się na punkcie żeby się nie przewrócić. Tu ciekawa obserwacja i rzecz w Polsce nie do pomyślenia - jednym ze sponsorów biegu są wodociągi miejskie a serwowana woda to zwykła kranówa - wprost z hydrantów na ulicy.

Zawsze, w każdym biegu jest tak, że mamy jakiś najsłabszy element, który warunkuje nasz wynik - coś co pierwsze nam wysiada. U mnie w Berlinie były to chyba pierwszy raz w życiu nogi. Niespodziewanie szybkie tempo przy świetnej pogodzie i bojowym nastroju przygniotły mnie trochę do asfaltu.

Tempo zaczęło spadać. I wtedy wpadliśmy na Potsdamer Platz - do, jak się potem okazało, Power Zone. Prawdziwy tłum, kilka tysięcy krzyczących ludzi i coraz mocniejszy rytm łupiący z głośników. Solidne niemieckie techno a nie zabawa dla małych dziewczynek. Coś w sam raz na siedemnasty kilometr biegu na granicy wytrzymałości organizmu. Jak można się było spodziewać biegacze dostali takiego kopa, że do pobliskiego wodopoju mieliśmy najszybsze tempo w całym biegu.

Kilka zakrętów, Checkpoint Charlie i na Garminie pokazało się 18km. To już granica po której wiem, że skończę, że czas może być różny ale choćby na kolanach - dobiegnę. Tym bardziej, że od teraz do mety długa prosta, zakręt i zaraz meta. Kolejny fizjologiczny objaw końcówki biegu - za nic w świecie nie mogę skalkulować czasu na mecie. Patrzę na zegarek i nie mogę wykonać prostego mnożenia. Tempo niby szybkie ale wychodzi mi że może, ledwo pobiję życiówkę. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz doświadczam, że mózg też działa na glukozę.

Peleton biegaczy robi się nerwowy, 19-20km już nie muszę pilnować linii, już znam trasę i tylko celuję idealnie w ostatni zakręt. Na nim ktoś wymachuje polską flagą (którą ja i Grześ o mało nie dostaliśmy w głowę - Niemcy tak nie potrafią ciąć przy bandzie). Ostatnia prosta, niby finisz, ostatnie zerknięcie na Garmina - jednak będzie dobrze, może nie 1:35 z nierealnych marzeń ale tylko trochę gorzej. Tłum ludzi - jest ich tu kilkadziesiąt tysięcy więc nie ma możliwości zatrzymania się. Wyciągam nogi, dookoła mnie tylu biegaczy, że odpada walka na ostatnich metrach - ciężko się na kimś skupić bo kilkanaście osób to wyprzedza to jest wyprzedzanych - urok wielkich imprez. Ostatnie dociśniecie.

META.

Uff. Wyłączam zegarek. Kolejna życiówka z niczego. Ze swobodnego biegania po 10-11km. Jeszcze nie tak dawno takim tempem ledwo kończyłem dyszkę.

Tymczasem luxy berlińskiego biegu - medale, banany i ocean chłodnego pszenicznego Erdingera - oczywiście w wersji Alkoholfrei. Tutaj kompletnie to nie przeszkadza - jest naprawdę dobry. W tym momencie to najlepsze piwo na świecie. Uciekam ze strefy mety bo tłum za mną gęstnieje. Szybko do szatni po wydruk certyfikatu (tak, tak w 5 minut po dobiegnięciu jest gotowy co nie powinno w sumie dziwić, skoro jest elektroniczny pomiar czasu).

Koniecznie oddajemy chipy (25 Euro zostaje w kieszeni) i można paść na ławce pod Cafe Moskau...

To co się działo potem, ze względu na mało biegowy charakter pominę. Ja jako technolog żywności i Grześ jako trener LA przekroczyliśmy (w towarzystwie Ani) wszelkie granicy kulinarnej i nieregeneracyjnej rozpusty. Z napisu Alkoholfrei też zrezygnowaliśmy.

Warto jeszcze wspomnieć o wieczornej atrakcji, na którą mogliśmy sobie pozwolić ze względu na wyjazd w poniedziałek - imprezie po biegu.

Odbyła się w klubie hen, hen wysoko w jednym z berlińskich wieżowców z widokiem na city. Regularna impreza oraz prezentacja kenijskich zwycięzców i szybkie podsumowanie biegu przez jej dyrektora - stanowczo było warto.

Kolejne uff bo wróciliśmy do hostelu w środku nocy.

Podsumowując...

1:36:21 - życiówka pobita o minutę i piętnaście sekund.

Sam bieg ukończyło ponad 25000 osób. A całą imprezę - Ponad 30 000.

W biegu głównym uczestniczyło prawie 300 osób z Polski.

Według organizatorów na trasie było 20 zespołów oraz około 180 000 kibiców(!)

Z czystym sumieniem mogę polecić Hostel Generator - rozsądne ceny, luźny charakter i bliskość centrum/ startu biegu.

Zdjęcia - tu warto mieć w tłumie swojego fotografa - oficjalne 49 Euro za 4 zdjęcia lekko zwaliło mnie z nóg. Nie narzekajmy na nasz fotomaraton.

Po raz kolejny sprawdził się model potężnego śniadania i niejedzenia na trasie. Półtorej godziny można przejechać na jednym tankowaniu.

Impreza pokazała, że może to już nie jest przepaść, ale w dalszym ciągu w Polsce nawet imprezy FMW to ciągle druga liga (choć z nadziejami na awans).

Tomasz Pawlicki