There are no translations available.
Do napisania tego artykułu zainspirowało mnie kilka powracających niczym bumerang dyskusji na forach dotyczących taktyki rozgrywania biegów z szybszą końcówką (tzw. negative split). Ponieważ należę do tej nielicznej grupy zawodników, którzy biegają w ten sposób, chciałbym Wam przybliżyć zalety, ale też wymagania związane z tą metodą. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że jest to kij wbijany w mrowisko - czekam na dyskusję, pytania i uwagi.

Zapewne część z Was, choćby z książek Jurka Skarżyńskiego, wie o metodzie biegania z lekkim niedoczasem na połówce dystansu. Jest ona szeroko rozpropagowana i powszechnie znana od wielu lat, ma swoich orędowników, ale też spore grono przeciwników (żeby nie powiedzieć prześmiewców). Polega w skrócie na tym, że do połowy dystansu biegniemy minimalnie wolniej niż zakładany czas, na który jesteśmy przygotowani (dwie/ trzy minuty w przypadku maratonu i stosownie mniej przy krótszych dystansach) a w drugiej połowie konsekwentnie przyspieszamy, łącznie z dłuższym finiszem. Tylko tyle. Spojrzenie na statystki biegów pokazuje, że ledwie co dziesiąty zawodnik ma taką taktykę, a im dłuższy dystans, tym mniej takich biegaczy. Z drugiej strony osoby biegające w ten sposób bardzo ją sobie chwalą i uważają za lepszą od „naturalnej” – biegu do granic możliwości i powolnego umierania przed metą.
Przeciwnicy tej metody twierdzą, że przecież jeśli zrobią sobie „nadróbkę”, to mają z czego stracić a do mety jakoś się doczłapią...I przynajmniej poczują, że dali z siebie wszystko.
I tu jest podstawowy błąd w myśleniu.
Praktycznie zawsze, nawet na ostatnich dwóch czy trzech kilometrach dyszki, jesteśmy w stanie się zajechać i odrobić czas. Nie ma powodu obawiać się, że zostanie nam energia, że nie zdążymy dać z siebie wszystkiego, czyli że zmarnujemy potencjał, jaki mieliśmy przed biegiem. W rzeczywistości jeśli po wolniejszej połówce (której pilnowaliśmy zgodnie z tą metodą) mamy zapas energii, to już wtedy sukcesywnie możemy zacząć przyspieszać. Jeśli to ciągle za mało, to zostaje nam długi finisz (2-5km). Jeśli ciągle mamy siły (a i tak bywa), to jest i miejsce na efektowny, kilkusetmetrowy sprint, którym odrobimy nawet 30 sekund. W skrócie: nie istnieje coś takiego jak zrobienie sobie „nadróbki”. Jeśli ją mieliśmy, to znaczy, że mogliśmy dobiec do mety szybciej.
|